„O grafikach i innych kompozycjach plastycznych Andrzeja Popiela”
Andrzej Popiel dzieli swoje zainteresowania twórcze pomiędzy grafikę a malarstwo i asamblaż. O ile wszakże grafika stanowi w jego twórczości dział zupełnie osobny, o tyle malarstwo z asamblażem łączą się zwykle w jedną, nierozerwalną całość.
W grafice, zawsze monochromatycznej, jest prawie stuprocentowym surrealistą. Może jeszcze migawkę (chyba) ze szpitala można uznać za scenkę rodzajową, ale to raczej wyjątek. Ludzie-smoki przy rajskim drzewie przypominającym raczej kikut, obelisk czy totem, marzyciel z nogą na stole i krzakiem wyrastającym z ust, indyjskie bóstwo, na które nie wiadomo skąd opuszcza się staromodny klosz kuchenny (oddany niemal fotorealistycznie), czy też (szczególnie) grupa ludzi biegnących po pierścieniach Saturna (czyżby metafora wyścigu w kosmos?) – to sytuacje ze snu lub swobodnie używanej wyobraźni.
W nurcie malarsko-asamblażowym czysty surrealizm spotykamy rzadziej. Dobrym jego przykładem uproszczony wizerunek płynącej żaglówki, która – zamknięta w czymś w rodzaju czarodziejskiej kuli czy też bańki mydlanej – buja nad fragmentem układu elektronicznego. Czysta wizyjność wymykająca się jednoznacznej interpretacji! Asamblaż czy może po prostu rzeźbę, złożoną m.in. z tarczy i aspersorium z krzyżem, odczytywałbym już bardziej alegorycznie, jak refleksję nad historią.
Asamblaże typowe dla Popiela mają zawsze w centrum obraz „uzupełniany” jedynie przez dodatkowe rekwizyty, np. umocowane do ramy buty. Skrajnym tego przykładem jest cykl obrazów namalowanych na starych drzwiach z drewna. Ozdobne wnęki służą im za ramy, a cieńsze deski w nie wprawione – za podkład pod same malowidła. Gotowe dzieło stanowi całość, którą można oglądać z obu zamalowanych stron.
W „malarskiej części” swoich asamblaży Andrzej Popiel nawiązuje do karykatury, nawet do prymitywizmu – choć tu nie do końca. Artysta jest absolwentem warszawskiej ASP, próżno szukać u niego typowych dla „autentycznych” prymitywistów błędów perspektywy lub kompozycji. Przypuszczam za to, że jest świadomym kontynuatorem estetyki Dudy-Gracza. Choć nie ma tu dosłownych zapożyczeń, jest ta sama skłonność do „grubego” oddawania ludzkich rysów, deformowania sylwetek poprzez ich „rozciąganie” czy „skracanie”, wreszcie wyolbrzymiania negatywnych uczuć widocznych w wyrazie twarzy. „Nagrodą” za to jest ekspresja. Każda z tych kompozycji zawiera w sobie wielki ładunek emocjonalny, jakkolwiek ich odbiór nie zawsze jest „przyjemny” w potocznym rozumieniu.
Jeżeli cokolwiek budzi tu moje wątpliwości, to nadmierne nacechowanie społeczno-polityczne niektórych prac. I nie chodzi o to, że ich wymowa jest kontrowersyjna – jak choćby tego obrazu rzekomo pogańskiej Polski ogradzającej się ostrokołem (z prawdziwych palików!) od rzekomo chrześcijańskiej Europy. W końcu kto, jeśli nie artysta, ma wzbudzać kontrowersje? Problem w ostentacyjnej czasem dosłowności, aktualności zatrącającej o karykaturę polityczną (acz wysokiej próby). Twarze prosto z serwisów informacyjnych, doraźne w swej aktualności symbole (jak np. czerwone korale) – wszystko to składa się na wypowiedź kogoś, kto chce określić swoje stanowisko. O ile tryptyk o ukrzyżowaniu Chrystusa można by uznać za „malowany esej”, to scharakteryzowana wyżej grupa prac osuwa się niebezpiecznie w „malowaną publicystykę”. Za sto lat staną się nieczytelne bez komentarza historycznego, podczas gdy bazujące na archetypach surrealne grafiki wciąż będą przemawiały same za siebie. Ale to tylko drobne uwagi. Ważne jest coś innego.
W barwnych asamblażach Andrzeja Popiela pociąga w sumie to samo, co w jego czarno-białych grafikach: inteligentna zabawa środkami wyrazu. Pozornie może tam się znaleźć wszystko, lecz w istocie wszystko ma tam swoje miejsce i swój cel. Nawet jeśli nie od razu jest on widoczny, warto poświęcić czas i uwagę na jego odnalezienie. Bo nie to w sztuce najważniejsze, o czym w niej mowa, lecz to, jak jest mówione.
Jarosław Nowosad













